czwartek, 21 lipca 2011

Znów w Szwajcarii

Tym razem nie będę opisywać każdego członka rodziny, bo na szczęście poznawanie ich następuje stopniowo.
Wspomnę tylko, że młoda histeryzuje średnio 3 razy w ciągu dnia,  każdy z jej ataków trwa min. 40 minut, a próby jego zakończenia kończą się zazwyczaj jeszcze większymi łzami i jeszcze większym krzykiem.

Matka z kolei "gra" na flecie. Słowo gra niestety w jej przypadku jest kompletnie nie na miejscu. Nawet ja nie będąc specem od gry na instrumentach mogę "dostrzec" mnóstwo nieczystości.
I wręcz nie mogę doczekać się poznania drugiego dziecka, które nie dość, że urządza podobno jeszcze większe histerie niż młoda, to "gra" na powyższym instrumencie.


Mama: powiedz mi czy jest w tym domu ktoś normalny?
D: poza mną nikt.

(Trafił swój na swego!)

Zurich jak na złość postanowił pokazać swoje brzydsze oblicze i codziennie zalewa nas nową porcją deszczu. Już przestałam podśpiewywać  "o jak ja kocham to miejsce". Znów dopadło mnie zniechęcenie, ale liczę, że to tylko chwilowy dołek, z którego szybko się odkopię.

Póki co z czystym sumieniem żegnam i życzę miłego dnia!


Panna D.

2 komentarze:

  1. Od dwóch tygodni nic, tylko leje... o weekendach już nie wspomnę, aż żal człowiekowi mieszkać w tak wspaniałym miejscu i chować się przed burzami!

    Jak długo zostajesz tutaj?

    OdpowiedzUsuń
  2. A że ja jestem meteopatą to mnie cholera bierze. Mam planowo zostać rok, a co będzie to się okaże. Rodzina niby ok, ale to nie to, co chcę tak długo robić... straciłam serce do dzieci. Kompletnie!

    OdpowiedzUsuń